Польский Финансы
16.07.2026 Читать источник
Crazy Bubble: рост продаж остановился, сеть ищет новые рынки за границей
Популярная сеть bubble tea Crazy Bubble столкнулась со спадом выручки в 2025 году из-за высокой конкуренции и роста издержек, поэтому ускоренно расширяет присутствие в странах Европы и развивает продажу готовых напитков в розничных сетях.
Перевод ИИ
Текст статьи доступен на языке оригинала.
Нажмите кнопку «Перевести статью» выше, чтобы сгенерировать перевод с помощью ИИ.
Оригинальный контент
„Dostałem kubek około godz. 22, a o szóstej rano wiedziałem, skąd to sprowadzić”
Wszystko zaczęło się w 2011 r., kiedy bracia Paweł i Łukasz Kłosowscy, przyszli założyciele Crazy Bubble, zetknęli się z bubble tea w Azji, gdzie było już częścią kultury. Pierwsza wersja, której doświadczyli, była jednak daleka od tego, co parę lat później zaczęli sprzedawać w Polsce. – Gdzieś w Chinach zobaczyłem produkt, który był kompletnie nie do zaakceptowania dla gustu polskiego odbiorcy. Bo to było mleczne, na bazie matchy, która dziś jest u nas popularna, ale wtedy była kompletnie nie do przyjęcia – mówi Paweł Kłosowski.
Przełomem i powrotem do herbaty z kulkami był kubek z Berlina. W wersji bardziej przystępnej dla europejskiego klienta: owocowej, kolorowej, z kulkami. – To było coś zupełnie innego. Dostałem ten kubek około godz. 22, a o szóstej rano wiedziałem już, skąd to sprowadzić. I tak zaczęły się rozmowy i plany – opowiada.
Przygotowania trwały około półtora roku. W grudniu 2012 r. ruszył pierwszy lokal Crazy Bubble w Katowicach w centrum handlowym 3 Stawy. Nazwa miała pasować do produktu i do podejścia założycieli: miała być swobodna, z dystansem do siebie. – Nie chcieliśmy robić biznesu sztywno i sztampowo. Jak wszyscy. U nas jest po prostu luźno – mówi współtwórca marki. Założenie wydawało się proste: sprowadzić składniki, wymieszać napoje i znaleźć klientów. W praktyce już sam import żywności z Azji okazał się szkołą biznesu. Były kontrole, certyfikaty, sanepid graniczny i nauka regulacji, których wcześniej nie znali.
POLECAMY: Znana ceramika może zniknąć z rynku. Bolesławiec walczy o przetrwanie rękodzieła
Formalności były jednak tylko częścią problemu. Bracia szybko zorientowali się, że nawet jeśli uda się sprowadzić składniki, nie oznacza to jeszcze, że napój będzie smakował tak, jak powinien. Pierwszy miesiąc czy dwa poprawiali więc receptury. – Nie smakowało tak jak powinno. Coś było nie tak – wspomina Paweł Kłosowski.
W końcu poprosili dostawcę z Tajwanu, żeby przyleciał do Polski i pokazał im, jak prawidłowo przygotowywać napoje. Po szkoleniu zmienili menu. Dopiero wtedy poczuli, że mają produkt, który można pokazać klientowi. Na tym oparli pierwszą koncepcję sprzedaży: jeśli ktoś dostanie kubek do ręki (za darmo albo za pieniądze) i napój mu zasmakuje, jest szansa, że wróci. Dlatego rozdawali próbki, a czasem całe kubki. Przez pierwsze miesiące sami pracowali też po 12 godz. dziennie w dwóch, trzech pierwszych lokalach. Zanim zatrudnili większą ekipę, musieli pilnować każdej złotówki kosztów.
Biznes wymknął się spod kontroli
Plan był znacznie skromniejszy niż dzisiejsza skala firmy. Bracia Kłosowscy chcieli otworzyć kilka własnych punktów. Małe herbaciarnie, które przy stałej kontroli nie byłyby może samograjami, bo w takie Paweł Kłosowski nie wierzył, ale pozwalałyby się utrzymać.
Pomysł franczycy nie był na początku częścią strategii ekspansji – pojawił się przypadkowo. Do założycieli zgłosił się ktoś, kto chciał poprowadzić taki lokal samodzielnie. – Powiedziałem: no to prowadź – wspomina współtwórca firmy.
Pierwsza franczyza ruszyła w 2013 r. w centrum handlowym M1 w Zabrzu. Po niej zaczęły pojawiać się kolejne zapytania. Wraz z liczbą lokali rosło wszystko to, czego na początku nie było w planie: import, magazyny, dokumentacja, liczba szkoleń i dostawy. Crazy Bubble nie mogło już działać jak kilka punktów prowadzonych z bliska przez właścicieli. Trzeba było zbudować zaplecze dla sieci.
W efekcie w 2013 r. firma rozbudowała magazyn do 100 m kw., a rok później miała w ofercie 28 syropów i 32 dodatkowe smaki do napojów. Za kolorowym kubkiem zaczęła więc stać coraz bardziej złożona logistyka: sprowadzanie składników z Azji, pilnowanie terminów, certyfikatów, stanów magazynowych i powtarzalności receptur w kolejnych miastach.
ZOBACZ: Bez alkoholu i w dzień? Twórca Audioriver o tym, jak zmienią się festiwale
Quebonafide i boom na bąbelki
Mimo rosnącej sieci wielu klientów wciąż nie wiedziało dokładnie, czym właściwie jest bubble tea. Produkt trzeba było przedstawiać niemal przy każdym zamówieniu: czym są kulki, jak wybiera się bazę, jakie są dodatki i dlaczego herbata kosztuje więcej niż ta przygotowana w domu.
Sytuacja zaczęła się zmieniać około 2020 r., gdy azjatyckie produkty szturmowały popkulturę, a kolorowy napój z kulkami dobrze pasował do Instagrama i TikToka.
Prawdziwy boom zaczął się jednak, gdy znany raper Quebonafide razem z Darią Zawiałow nagrał utwór „Bubbletea”, który ma dziś około 60 mln wyświetleń na YouTubie. – Nie ukrywam, że ta piosenka zmieniła bardzo dużo, bo ludzie zaczęli być świadomi, co właściwie sprzedajemy – mówi Paweł Kłosowski. Po premierze utworu wyszukiwanie słów kluczowych „bubble tea”, „Azja” i innych haseł związanych z azjatyckimi produktami wystrzeliło w górę. Quebonafide miał wtedy własne lokale z bubble tea w Warszawie, które nazywały się „MISS TI”, więc zrobił to pewnie po części dla siebie – twierdzi Kłosowski. – Rykoszetem wszyscy na tym zyskali. Cały rynek bubble tea – mówi.
Widać to w wynikach spółki CB Poland stojącej za marką. W 2018 r. miała 1,18 mln zł przychodów i 151 tys. zł zysku netto. W 2021 r. było to już 13,16 mln zł przychodów i 2,61 mln zł zysku netto. Najwyższy poziom spółka osiągnęła w latach 2023–2024; w 2024 r. sprzedaż wyniosła 25,98 mln zł, przy 2,59 mln zł zysku netto. Spółka trafiła też do zestawienia Diamenty Forbesa 2025, czyli firm najszybciej zwiększających swoją wartość.
Potem wzrost wyhamował. W 2025 r. przychody spadły do 22,97 mln zł, a zysk netto do 1,92 mln zł. Firma tłumaczy to większą konkurencją, zamknięciem kilku słabszych lokalizacji i rosnącymi kosztami po stronie punktów: czynszów, energii, wody i pracy. Przy tego rodzaju herbacie trudno przerzucić wszystkie podwyżki na klienta, bo ceny mają wyraźny sufit. W 2026 r. spółka zakłada odbicie. Pomóc mają nowe produkty, sprzedaż w sklepach i dalsze wychodzenie za granicę. Tym bardziej że w Polsce dobre lokalizacje są już coraz trudniejsze do zdobycia.
Brutalna matematyka prowadzenia franczyzy
Franczyza szybko rozpędziła Crazy Bubble, ale nie każdy, kto miał pieniądze na lokal, nadawał się na partnera. Jeden z potencjalnych miał 300 tys. zł i plan, żeby otworzyć od razu kilka punktów. Usłyszał odmowę. – Powiedziałem, że to jest dla nas absolutnie niedopuszczalne, dlatego że my oczekujemy od naszych franczyzobiorców pełnego zaangażowania – mówi współtwórca Crazy Bubble.
Wejście do sieci kosztuje dziś od około 80 tys. zł netto w przypadku wyspy handlowej. To nie jest wielki kapitał jak na gastronomię, ale wystarczający, żeby błąd w wyborze lokalizacji, słaby ruch w galerii albo wzrost czynszu szybko zaczął boleć. W 2025 r. część słabszych lokalizacji nie wytrzymała rosnących kosztów i małego ruchu. Bywało, że sieć skracała współpracę, odkupowała sprzęt i odbierała niesprzedany towar, żeby franczyzobiorca nie wychodził z biznesu z długami.
Najlepsi franczyzobiorcy budują za to małe sieci, są partnerzy, którzy prowadzą po kilkanaście punktów, jeden ma ich ponad 20. To pokazuje, że model działa, ale nie automatycznie, bo wymaga codziennej obecności, pilnowania ludzi, kosztów i jakości produktu.
POLECAMY: Zbudował restauracyjne imperium. Zdradza, jak: „podpowiedział mi Michelin”
Kubek musi się sprzedać i dobrze wyglądać
Różnice sprzedaży między lokalami potrafią być ogromne, bo słabszy punkt sprzedaje około 70 kubków dziennie, za to najlepsze dochodzą do 600–700. O wyniku decyduje przede wszystkim lokalizacja: ruch w galerii, wielkość miasta, sezon i to, czy franczyzobiorca rzeczywiście pilnuje jakości pracy. Lato jest dla Crazy Bubble najmocniejsze, natomiast zimą sprzedaż spada, więc firma rozbudowuje menu o ciepłe napoje i oferty sezonowe. Takie zmiany trzeba planować z wyprzedzeniem, bo część składników i opakowań sprowadzana jest z Azji. Nowe menu powstaje więc kilka miesięcy przed wejściem do sprzedaży.
Dobrym przykładem zmian na rynku jest matcha. Crazy Bubble miało ją w ofercie już około 2014 r., ale wtedy produkt się nie przyjął. Klienci nie byli gotowi na smak, który dziś jest modny w Polsce, a część towaru trzeba było wtedy zutylizować. Po latach matcha wróciła do menu, ale tym razem jako trend i produkt, który nie potrzebuje tłumaczenia. Firma współpracuje z MOYA Matcha i sprzedaje zarówno wersje bardziej naturalne, jak i łagodniejsze, dopasowane do klientów, którzy chcą spróbować modnego napoju, ale niekoniecznie intensywnego smaku zielonej herbaty.
Paweł Kłosowski mówi, że przy matchy dobrze widać też siłę social mediów. – Spotkałem się wielokrotnie z tym, że są ludzie, którzy kupują matchę wyłącznie do zdjęcia, żeby pochwalić się w internecie, że ją piją, a jest dla nich niepijalna – mówi.
Dla sieci oznacza to, że napój ma nie tylko smakować, ale też wyglądać tak samo dobrze w każdym punkcie. Przy ponad 200 lokalizacjach nie da się już zostawić tego wyczuciu pracowników. Dlatego po lokalach jeżdżą osoby z centrali, które sprawdzają receptury, przechowywanie produktów, obsługę, czystość i wygląd punktu. Działa też tajemniczy klient.
„Polska jest poniekąd zapchana”
Po szybkim początkowym wzroście sieci Crazy Bubble zaczęło w Polsce trafiać na ograniczenia. – Polskę mamy poniekąd zapchaną, jeżeli chodzi o dobre lokalizacje, i ciężko jest nam teraz uzyskać jakiekolwiek inne dobre miejsca – mówi Paweł Kłosowski. Dlatego marka coraz mocniej patrzy za granicę. Pierwszy zagraniczny punkt ruszył jeszcze w czasie pandemii na Litwie, a później mocno urosła Rumunia, gdzie sieć ma dziś ponad 30 lokalizacji. Kolejne kierunki to m.in. Węgry, Włochy i Wielka Brytania. Produkty Crazy Bubble trafiają dziś do ponad 30 krajów.
Firma próbuje też wychodzić poza sprzedaż z lokalu. Tak powstały m.in. boxy DIY, czyli zestawy do przygotowania bubble tea w domu. Mają być raczej prezentem i zabawą, a nie zamiennikiem napoju kupionego w punkcie, dlatego trafiły m.in. do Smyka. Osobnym kierunkiem są gotowe napoje. W 2025 r. produkty marki pojawiły się w Carrefourze czy NETTO. Firma rozwija też puszki, wodę kokosową z kulkami i sklep B2C. W najbliższych miesiącach firma chce wprowadzić kolejną linię napojów „crazy”: lżejszych, z niższą zawartością cukru i prostszym składem.
Crazy Bubble nadal chce rozwijać sieć, ale wzrostu szuka też w produktach, które można sprzedać w sklepie, przez internet albo za granicą. Po słabszym 2025 r. właśnie te kierunki mają pomóc spółce odbić się w 2026 r.
Аналитика ИИ и парсинга
Технические детали обнаружения, сопоставления и связывания статьи
Поисковый запрос
«сеть bubble tea Crazy Bubble рост продаж спад 2025 расширение Европа»
Запрос, сгенерированный ИИ для поиска статьи в веб-источниках
Связанные результаты поиска
Продажи горячих напитков у ритейлеров выросли за год почти в два раза Россияне из-за экономии все чаще покупают их в сетях, а не в кофейнях
В 2025 году федеральные ретейлеры продали 67 млн литров горячих напитков на сумму 19 млрд руб. Продажи выросли на 86% в натуральном выражении и на 117% в денежном. При этом основную часть...